czwartek, 12 marca 2015

Wiosna, ach to ty!





Wiosna idzie, a więc na drzewach i trawnikach nieśmiało zaczynają pojawiać się kolory. To samo dzieje się na ulicach, gdyż wraz z pierwszymi ciepłymi promieniami słońca, odrzucamy zimowe szarości i zaczynamy powoli wymieniać garderobę na mniej szarą, a co za tym idzie nasz makijaż także staje się bardziej wesoły i wyrazisty.

Jak co roku, na półkach drogerii pojawiło się kilka jaskrawych nowości - tym razem są to neonowe cienie Kobo. Mamy do wyboru 6 kolorów: żółty (146 neon yellow), pomarańczowy (147 neon orange), różowy (148 neon pink), fioletowy (149 neon violet), zielony (150 neon lime) i turkusowy (151 neon turquoise), ja jednak zdecydowałam się na kupno tylko ostatnich trzech, ponieważ posiadam już odpowiedniki pozostałych z nich. Kosztują 9,99 zł za zapas (bez opakowania).



Bardzo lubię tę firmę i nie zawiodłam się na jakości, ale muszę stwierdzić, że cienie znacznie różnią się między sobą. Zieleń i turkus są to typowe bardzo dobrze napigmentowane mocne, wręcz "kredowe" maty. Mają cudne wiosenno-letnie kolory. Ładnie się rozcierają, nie pylą i są trwałe, jednak nie aż tak jak cienie z paletki "Hot Colors" My Secret. Nie zrozumcie mnie źle - nic się z nimi na powiece nie dzieje, jednak można je zmyć szybko i bez problemu, a przy My Secret trzeba się troszkę namęczyć, a najlepiej użyć dwufazowego płynu do demakijażu. Są bardzo wyraziste i trzeba uważać żeby nie z nimi nie przesadzić.

Zupełnie jednak inaczej prezentuje się cień fioletowy. Sam kolor jest ładny, delikatny, bez nadmiaru różowego pigmentu i, moim zdaniem, łudząco podobny do Mono eye Shadow 140 Cranberry. Ten "braciszek" nie jest już matem, a raczej satyną. Jego kolor jest tez słabszy od pozostałych neonków i zdecydowanie mniej jaskrawy. Warto jednak nałożyć jedna warstwę więcej dla cudownego efektu jaki daje. Bardzo lubię satynowe wykończenie cieni - wyglądają one bardziej naturalnie na powiece, a niewiele firm ma je w swojej ofercie.


Od lewej: cień z palety My Secret - Hot Colors, Kobo 150, Kobo 124, Kobo 151, Vipera CM 40, My Secret - Hot Colors, Glazel 33.



Od lewej: Kobo 149, Kobo 113, Glazel S16, Glazel S22, My Secret - Hot Colors, My Secret - Hot Colors.


Jak widzicie na zdjęciach, lubię kolory na powiekach i mam już mały zbiór takich cieni. Oprócz Kobo, polecam Wam też oczywiście słynne paletki My Secret (wkrótce mają pojawić się nowe - obserwujcie gazetki Natury!), niezawodny Inglot oraz... Viperę. Vipera MPZ posiada w swojej ofercie cienie matowe, półmatowe i perłowe, jednak nie zawsze nazwa pokrywa się z faktycznym wykończeniem, więc niestety trzeba "macać" testery, żeby ocenić wygląd na skórze. Kosztują niewiele - ok. 7,50 zł za "kwadracik" do paletki i troszkę więcej za kosmetyk w większym, zamykanym opakowaniu, z możliwością tworzenia "wieżyczek". Ja mam sześć odcieni z serii Puzzle, Magnetic Play Zone, z czego 2 są mocno kolorowe, a pozostałe bardziej stonowane. Ze wszystkich jestem zadowolone jednak moi faworyci to widoczne na zdjęciach - ciemny turkus (CM 40 turquise) i malinowa czerwień (CG 56 crimson). Zwłaszcza czerwień mnie zachwyca swoim satynowym połyskiem. Wygląda przecudownie, a kolor jest naprawdę bardzo nietypowy.


Od lewej: Vipera CG 56, Inglot AMC 100.


W mojej kolekcji mam też cienie matowe Glazel i Sleek. Te pierwsze maja dobrą, a nawet bardzo dobrą pigmentację, jednak zależną od koloru. Łatwo się naciąć, zwłaszcza zamawiając przez internet. Poza tym wadą tych cieni jest bardzo duże pylenie. Już po lekkim dotknięciu pędzlem zamieniają się w puder i właściwie przy aplikacji zachowują się podobnie do cieni sypkich. Tak więc, maty Glazela są ładne ale trudne w obsłudze i, moim zdaniem, nie warte swojej ceny (paleta 15 cieni to koszt ok. 150 zł).


Neony z palety Sleek - Acid.


Jeszcze gorsze doświadczenia mam ze Sleekiem. Posiadam kilka fajnych palet tej firmy, jednak maty do nich nie należą. Cienie są koszmarnie słabo napigmentowane (bez bazy prawie niewidoczne) i dodatkowo znikają przy blendowaniu. Jeśli zależy Wam na neonach, zdecydowanie lepiej zainwestować w Kobo lub Inglota.

Czy Wy tez lubicie takie papuzie kolory na powiekach? Jakie cienie polecacie? Napiszcie mi koniecznie w komentarzach.


źródło: www.pinterest.com






CZYTAJ DALEJ...

środa, 4 marca 2015

Pitu pitu




Zajrzałam do kilku poradników dla bloggerów. W większości z nich jest informacja o tym, by pod żadnym pozorem nie wrzucać na swojego bloga prywaty, ponieważ czasy internetowych pamiętników już dawno i bezpowrotnie minęły, a nikogo nie obchodzi co właśnie jadłam, robiłam i, generalnie, co u mnie słychać. Przeczytałam też, że jeśli prowadzę bloga urodowego, nie powinnam pisać o modzie lub np. gotowaniu, ponieważ stracę czytelników. Cóż, przemyślałam wszystko i stwierdziłam, że jeśli wrzucę ten blog do kategorii blogów lifestylowych, to uda mi się ominąć kilka zasad :) A ponieważ nie zdobyłam jeszcze zbyt wielu stałych czytelników, niewielu też ich stracę pozostając sobą, a może jednak ktoś zechce tu od czasu do czasu zajrzeć, mimo łamania przez mnie "podstawowych zasad blogowania".

Zaczęłam od tego wstępu, ponieważ dziś chciałabym właśnie napisać co nieco "nie na temat". Przede wszystkim przepraszam za mają dość długą nieobecność. Powiedzcie mi - czy tylko ja jestem tak niesamowicie niezorganizowaną mamą (mam dwie córeczki, cztero- i siedmioletnią)? Odkąd wróciłam do pracy (czyli od paru miesięcy), nie mam kompletnie na nic czasu. Za to zainteresowań mam mnóstwo: oprócz wizażu, lubię wszelkie zajęcia kreatywne (te z dzieciakami zwłaszcza): haft koralikowy, szydełkowanie, soutache, quilling, scrapbooking, origami i inne "wycinanki", "wyklejanki", "ozdabianki" czy "zaginanki". Poza tym uwielbiam gotować i piec (zwłaszcza torty). Chciałabym móc robić to wszystko kiedy tylko najdzie mnie na to ochota. I jeszcze mieć czas na blogowanie. A zamiast tego, po przyjściu z pracy zazwyczaj ledwie zdążam odrobić lekcje ze straszą córką, przygotować "na szybko" coś do jedzenia i czasem sprzątnąć z grubsza mieszkanie. Po pominieciu - np. z powodu wyjazdu - sobotnich porządków, rzadko udaje mi się doprowadzić mieszkanie do użytecznośći w ciągu tygodnia pracy... niestety. Powoduje to ciągłe wyrzuty sumienia (no bo jakim prawem zabieram się z dziećmi za pieczenie babeczek, skoro trzeba odkurzyć, zetrzeć podłogę i zrobić pranie? :/). A gdy do tego któreś z dzieci choruje, wtedy następuje całkowity chaos.

No i ostatnio, w moim domu panuje niestety właśnie chaos, spowodowany po części jakimś bliżej niezidentyfikowanym wirusem kładącym do łóżka po kolei wszystkim członków rodziny (na zdjęciu widać chorego Szkrabika), a po części moim brakiem zorganizowania.

Ale wracając do bałaganu, zauważyłam niedawno, że jego część stale generowana jest rosnącą odwrotnie proporcjonalnie do wielkości szafy, ilością ubrań. Postanowiłam więc zrobić sobie mój prywatny plan gospodarowania czasem i, przy okazji, szerzej zainteresować się tematem organizacji garderoby i slow fashion.


źródło: www.pinterest.com

W dużym uproszczeniu polega to na stworzeniu bazy z ubrań pasujących do wszystkiego oraz kupowaniu zaledwie kilku, kilkunastu sezonowo modnych elementów, które je uzupełnią. Po paru ciekawych lekturach doszłam do wniosku, ze muszę zacząć powoli wprowadzać te zasady w życie. Wyrzucę sporą część szmatek, których nie noszę, zostawiając tylko te, które lubię, są dobre jakościowo i można je nosić w różnych zestawieniach. Myślę, że jeśli będę miała mniej ubrań, wszystkie bez problemu zmieszczą się w szafie, uwolnię więc oparcie fotela od spodni i wieszak w przedpokoju od żakietów, będę miała mniej prania i mniej prasowania, co również mi się uśmiecha. Jak już wypracuję system, postaram się o tym dokładniej tu napisać.

A tymczasem przepraszam za odbieganie od tematyki i za brak mojej obecności w blogosferze oraz obiecuję poprawę. Raz w tygodniu notka powinna być - dopisuję ją do mojego nowego pgc, którego zamierzam się trzymać.




CZYTAJ DALEJ...