poniedziałek, 16 lutego 2015

Karnawał na maxa




Za nami już Walentynki oraz weekendowe Ostatki. Mam nadzieję, że bawiliście się dobrze, a piątek trzynastego nie przyniósł Wam zbyt dużo pecha. W tym roku zima jakaś niemrawa, słabo nam śniegiem sypnęła, więc ja pożegnam ją bez żalu i chętnie zajmę się planowaniem wakacji. Wiem, wiem, że to tylko koniec karnawału, a nie pory roku, ale, sami przyznajcie - połowa lutego to już przecież prawie wiosna!

Mnie ostatnie dni minęły troszkę nerwowo i niecierpliwie. Jak pewnie część z Was wie, popularna youtuberka urodowa - Maxineczka wraz ze sklepem Let's Beauty ogłosiła niedawno konkurs na karnawałowy makijaż. Konkurs ten tym różnił się od innych, których pełno w necie, że nagrody były w nim niesamowicie atrakcyjne. Zresztą zobaczcie sami - klik. Wydaje mi się, że większość wizażystek i dziewczyn interesujących się makijażem wzięła w nim udział, bo naprawdę było o co się "bić". Biłam się więc i ja ;). A że w niedzielę miały zostać ogłoszone wyniki, przez cały weekend gryzłam paznokcie i nie mogłam znaleźć sobie miejsca.

Niestety, nie udało mi się wygrać, ale... zostałam jedną spośród ok. setki osób wyróżnionych przez Maxineczkę! Strasznie się cieszę, tym bardziej, że w konkursie brało udział ponad 2800 osób, a więc konkurencja była ogromna.

Mimo braku miejsca na podium jestem bardzo zadowolona, że wzięłam udział w tej zabawie, ponieważ dzięki temu stworzyłam fajny makijaż i spędziłam czas w miłej atmosferze. Przy dwójce dzieci i pełnoetatowej pracy ciężko jest wygospodarować parę godzin bez ważnego powodu, całe szczęście więc, że takowy się znalazł. Wyjście z domu i twórcze zajęcie były mi bardzo potrzebne. Od razu poczułam, że żyję, czego przez ostatnie zimne i ciemne tygodnie nie byłam całkiem pewna...

A wracając do konkursu - mogę już stwierdzić, że poziom był bardzo wysoki, a nagrodzone prace naprawdę ładne i dopracowane w każdym szczególe. Szczerze gratuluję Urszuli Rogowskiej, Annie Chwieralskiej oraz Kasi Świebodzińskiej i po cichu zazdroszczę możliwości testowania tych wszystkich pędzelków i kosmetyków... Już prawie czułam, że się nimi miziam po buźce, no ale cóż - wygrali najlepsi. Brawo!

W tej notce możecie zobaczyć moją wizję "Maxikarnawału". Inspiracją był, jak widać, motyl, ale zależało mi na tym, żeby nie wyglądał realnie, a raczej bajkowo. Podoba się Wam? Mnie tak, tym bardziej, że modelka jest taka piękna i radosna, że uśmiech sam pojawia mi się na twarzy, gdy patrzę na zdjęcia. I Od razu robi się cieplej.




modelka: Dominika Emeryk-Tokarska, foto: Mariusz Kusyk




P.S. Nie rozumiem dlaczego zdjęcia tak kiepsko wyglądają po publikacji... Są rozmyte, zamglone. Już nawet facebook nie zrobił im takiej krzywdy. Czy ktoś wie, jak wrzucić zdjęcia na bloggera bez utraty jakości?

CZYTAJ DALEJ...

środa, 11 lutego 2015

Zakochana bez pamieci




Rzadko zwracam uwagę na metki. Zazwyczaj wśród kolekcji ubraniowych różnych firm znajduję tylko kilka projektów wartych uwagi i nigdy - aż do tej pory - nie zakochałam się w żadnej marce. No, ale właśnie - do tej pory :) Dzięki koleżance z pracy odkryłam niedawno Desigual. Nie jest to minimalizm (o nie!), nie jest to nawet klasyka, nie ma też nic wspólnego z paryskim szykiem, ale mimo to, ta hiszpańska marka zachwyciła mnie t-o-t-a-l-n-i-e.

W jej projektach nie brakuje kolorów. Króluje tu maksymalizm, mnogość wzorów, faktur i niebanalnych zestawień. To ciuchy dla odważnych i naładowanych pozytywną energią osób, które nie boją się wyróżniać z tłumu.

W Polsce salon Desigual znajduje się w warszawskiej Arkadii. Niestety ceny nie zachęcają do zakupów, jednak można czasem trafić na wyprzedaż, nie zaszkodzi też przeszukać Allegro lub pobuszować w Secondhandach. Odzież marki można też dostać w niektórych outletach oraz w sklepie internetowym Zalando. Warto się wysilić bo zarówno ubrania jak i dodatki tej firmy są zachwycające i ciężko przejść obok nich obojętnie :)








Zdjęcia pochodzą ze strony: desigual.com






CZYTAJ DALEJ...

niedziela, 8 lutego 2015

Pustynne Piaski Kobo




Dziś będzie zdecydowanie kosmetycznie, ponieważ pokusiłam się o napisanie dla Was recenzji. Jeden z produktów, o których chcę opowiedzieć jest jeszcze nowością i niewiele informacji o nim można znaleźć w internecie, ale zdecydowałam się kupić go "w ciemno". Czy warto? Zaraz Wam odpowiem.

Mówię oczywiście o najnowszym brązerze*, który został stworzony w wyniku współpracy wybitnego wizażysty Daniela Sobieśniewskiego z firmą Kobo, czyli Matt Bronzing & Contouring Powder w odcieniu Nubian Desert (nr 311). Zarówno ten, jak i drugi z tej serii, Sahara Sand (nr 308), mają zimne kolory, bez dodatku żółtych czy pomarańczowych tonów.

Zdaniem producenta pudry te mogą służyć do nadania skórze odcienia naturalnej opalenizny, a także do kreowania cienia na twarzy. Moim zdaniem są to jednak produkty stricte do konturowania. Brązery, w ścisłym tego słowa znaczeniu, to kosmetyki mające imitować opaleniznę i ocieplić nieco twarz bez konieczności narażania skóry na działanie promieni UV. Często zawierają rozświetlające drobinki, które dodają cerze zdrowego blasku i sprawiają, że wygląda na wypoczętą; ale nawet te matowe powinny mieć odcień zbliżony do efektu opalenizny, czyli ciepły - brązowo-złoty.


źródło: www.wallpaperup.com

Obecnie nazwa "brązer" jest nadużywana i mianem tym nazywane są także pudry konturujące, czyli kosmetyki, które mają za zadanie tworzyć złudzenie cienia na twarzy (różnica między tymi dwoma rodzajami produktów jest fajnie pokazana w filmie amerykańskiego makijażysty, Jordana Liberty). Do tego celu "Piaski" Kobo są idealne, zaś do tworzenia opalenizny się nie nadają, gdyż zawierają w sobie zbyt dużo nut szarości.

W Polsce przez wiele lat brakowało dobrych produktów do modelowania twarzy i można stwierdzić, że pudry Kobo wypełniły tę lukę. Polecam je zarówno osobom, które malują się na własne potrzeby lub zaczynają dopiero przygodę z wizażem, jak i profesjonalistom/tkom. W tym momencie nie mają one, według mnie, żadnej poważnej konkurencji na naszym rynku, nawet wśród produktów wysokopółkowych (jedyne, które mogą stanąć z nimi na ringu to Inglot nr 505 i The Balm Bahama Mama, jednak, w mojej opinii, Kobo wygrywa).

Pierwszy z nich, czyli Sahara Sand, jest genialny dla jasnych cer. Jest miękki, dobrze napigmentowany i świetnie można go stopniować, nie robiąc sobie przy tym urodowej krzywdy. Nie tworzy plam i fajnie się rozciera. Jest matowy, ale to nie typowy płaski, tępy mat lecz efekt delikatnie satynowy, a więc bardziej naturalny.


1. Kobo Nubian Desert 311, 2. Kobo Sahara Sand 308, 3. My Secret - bronzing powder for contouring, 4. Inglot 505, 5. Flormar P115.

Nubian Desert posiada wszystkie cechy swojego starszego brata, z tą różnicą, że posłuży raczej osobom o średniej i ciemnej karnacji lub do stworzenia bardziej wyrazistego makijażu. Nakłada się i blenduje równie fajnie jak poprzednik. Ma też ładny chłodny odcień bez sinofioletowych nut (jakie niestety posiada słynny Inglot nr 505).

Oba produkty są trwałe i u mnie utrzymują się wiele godzin. Po powrocie z pracy nadal mam ładnie wykonturowaną buzię. Na dokładkę cena jest przystępna (19,99 zł), a opakowanie eleganckie i mocne, więc na co czekacie? Biegnijcie po niego szybciutko do Drogerii Natura, naprawdę warto :)



* Dlaczego "brązer", a nie "bronzer"? - Odpowiedź znajdziecie tutaj.


CZYTAJ DALEJ...

piątek, 6 lutego 2015

Czy Ami maluje?




Zaczęłam moje blogowanie od notek nie do końca precyzujących tematykę jaką chciałabym poruszać. Postanowiłam pisać głównie ze względu na chęć pokazania szerszemu gronu efektów mojej pasji jaką jest wizaż, sądzę jednak, że będę omawiała tu wiele interesujących mnie spraw „okołourodowych”. Chciałabym pokazywać inspirujące zdjęcia, a także pisać co myślę o przeróżnych zjawiskach i wydarzeniach związanych ze światem mody, wizażu i designu, a czasem także kultury i sztuki. Będę starała się jednak zachować urodowy charakter tego bloga, nie będąc jednocześnie jedynie testerką kosmetyków. Mam nadzieję, że choć po części uda mi sprostać temu zadaniu ;) W każdym razie, odpowiadając na moje tytułowe pytanie: tak, Ami maluje. Maluje i chciałaby malować więcej.

Na dowód tego, dziś przedstawiam Wam zdjęcia z sesji, która odbyła się już dość dawno, bo około roku temu. Przy okazji możecie, w dalszej części posta, zobaczyć jak prezentuje się sukienka w marsalskim kolorze. Wydaje mi się, że świetnie komponuje się zarówno z rudością włosów, jak i zielenią kolczyków i makijażu. Tutaj kolor jest jednak mniej rozbielony przez co, moim zdaniem, ładniejszy.




modelki: Edyta Bajek i Justyna Gajowy, foto: Mariusz Kusyk





CZYTAJ DALEJ...

środa, 4 lutego 2015

Marsala tra la la la




źródło: www.dwalls.com

Hej, czy wiecie co to jest „Marsala”?
Może pomyśleliście właśnie o malowniczo położonym włoskim miasteczku lub nabraliście ochoty na aromatyczne wino? Niestety, Moi Drodzy, mimo że skojarzenia te są jak najbardziej słuszne to, jeśli je macie, oznacza to, iż jesteście mocno „nie na czasie” i nie znacie obowiązujących trendów ;)

Otóż obecnie Marsala to… kolor roku 2015! Jesteście zdziwieni? Ja nie ukrywam, że byłam. Bardziej skłonna byłabym łączyć to tajemnicze słowo z buddyjską mandalą lub przyprawą z Indii (garam masala), lecz internet, jak wiadomo, będący źródłem informacji wszelakich, od jakiegoś czasu tak skutecznie bombardował mnie tym słówkiem, że w końcu uległam i postanowiłam sprawdzić cóż to tak naprawdę jest.

Po wpisaniu hasła w wyszukiwarkę, wujaszek Google pokazał mi brzydki kolor wyblakłego brudnego buraka, wiążąc je z jeszcze bardziej dziwnie brzmiącą nazwą, a mianowicie Pantone. Po paru kolejnych kliknięciach myszki udało mi się jednak w końcu rozwikłać wszystkie zagadki i już mogę zdradzić Wam co to takiego.



źródło: www.pantone.com




A więc… Pantone to amerykańska firma poligraficzna z siedzibą w Carlstadt w stanie New Jersey, która stworzyła swój unikalny system identyfikacji kolorów (Pantone /Color/ Matching System – PMS). Ta właśnie skala barw jest jedną z najpopularniejszych w ostatnich latach i składa się z 1761 kolorów. Jest wykorzystywana m. in. przez artystów, projektantów, drukarzy i producentów we wszystkich gałęziach przemysłu na całym świecie w celu dokładnego określenia koloru. Cieszy się tak dużą popularnością dzięki mnogości odcieni i czytelnemu ich oznakowaniu numerami wraz z dodatkowymi oznaczeniami cech takich jak metaliczność, fluorescencja itp.

Odcienie powstają przez zmieszanie 18 pigmentów, dlatego ich odwzorowanie w skalach RGB i CMYK jest dosyć trudne. Podobno prowadzone były prace nad przypisaniem odpowiedników kolorów z systemu PMS w tych właśnie skalach ale ich zaniechano.

I właśnie to ta firma od wielu lat wybiera kolor roku. Nie jest on jednak typowany w ciemno, a poprzez dokładną analizę trendów i projektów ze świata mody, designu itp. Brana jest także pod uwagę opinia publiczna. Dzięki tak dokładnemu rozeznaniu, zazwyczaj typ kolorystyczny wyznaczony przez specjalistów z Pantone faktycznie ma swoje odzwierciedlenie w produktach przemysłowych, odzieżowych, architektonicznych czy wnętrzarskich. Myślę jednak, że wpływ na to ma nie tylko badanie rynku skrupulatnie przeprowadzone przez pracowników firmy, ale także późniejsza promocja koloru przez nich wybranego. Domyślam się, że jeśli jakaś marka kosmetyczna nie wypuściła jeszcze pomadki w kolorze Marsali to szybko naprawi ten karygodny błąd i już niedługo zaleje nas fala kosmetyków, ubrań i dodatków w tym lub zbliżonym odcieniu.

A jak wygląda sam kolor? No cóż – w pierwszej chwili zdecydowanie nie zachwyca. Kojarzy się, jak już wyżej pisałam, z wyblakniętym brudnym burakiem lub z rozbielonym czerwonym winem. Parę dni temu zauważyłam jednak , że szkoła mojej córki pomalowana jest podobną farbą. Taką barwę ma także dach pobliskiego kościoła. I nie wygląda to źle. Na stronach wnętrzarskich znalazłam także wiele inspiracji dekoratorskich z Marsalą w roli głównej i jestem zdecydowanie na tak – ten kolor pięknie prezentuje się w pomieszczeniach.



źródło: www.homecreations.pl

Przejrzałam też moje ubrania , dodatki i kosmetyki i okazuje się, że już od dłuższego posiadam parę rzeczy w zbliżonych odcieniach. Do tej pory kojarzyłam je jednak bardziej z określeniami takimi jak: brudny róż czy jasne bordo niż z tak egzotycznie brzmiącym słowem jak Marsala :)



Wydaje mi się jednak, że nie jest to kolor twarzowy i nie prezentuje się zbyt dobrze solo i na dużych powierzchniach stroju. W źle dobranych stylizacjach zdecydowanie potrafi dodać lat. Lubi zaś towarzystwo błękitu i turkusu, a także brązów i innych kolorów ziemi. Świetnie też zgrywa się ze zbliżonymi sobie odcieniami wina, czerwieni, różu i fioletu.

Marsala rewelacyjnie wygląda na paznokciach, ustach, a także umiejętnie położona na powieki (trzeba uważać, żeby nie sprawić przy pomocy takiego makijażu, że oczy będę wyglądały na zmęczone), a także zdaje się być idealnym odcieniem różu do policzków. Zobaczcie kilka zdjęć, które udało mi się wyszukać w sieci:


źródło: www.pinterest.com



źródło: www.liinalintu.wordpress.com



źródło: www.pinterest.com



źródło: www.pantone.com



źródło: www.pinterest.com



źródło: www.perrysfurniture.com



źródło: www.pinterest.com



źródło: www.pinterest.com


A wy co myślicie o Marsali jako kolorze roku 2015? To trafny wybór?






CZYTAJ DALEJ...

niedziela, 1 lutego 2015

O zamianie pasji na pieniadze...




Drodzy Czytelnicy,
bardzo mi miło, że odwiedziliście mojego bloga (lub mój blog - czy ktoś z Was wie jaka jest poprawna forma?). Postanowiłam go założyć, ponieważ sama facebook'owa strona przestała mi wystarczać.
Mam nadzieję, że nikogo nie zawiodę.

Zacznę od recenzji książki dla wizażystek "Jak zarabiać na makijażu". Jest to nieco przekorne, ponieważ jej autorka, Natalia Lendzion, próbuje przekonać nas, że prowadzenie bloga jest niezwykle nieprofesjonalne w tym fachu, a blogerki kojarzą się potencjalnym klientkom z niedouczoną i nierzetelną grupą, pragnącą jedynie wyłudzić darmowe produkty od firm.
Cóż, śmiem się z tą opinią nie zgodzić. Jest mnóstwo świetnie prowadzonych blogów (wiele z nich sama nałogowo czytam lub przeglądam) i właśnie dzięki blogowaniu, niezwykle utalentowane osoby mogły zostać dostrzeżone, a bylejakość innych o niczym nie przesądza. Idąc takim mylnym tokiem rozumowania można by stwierdzić, że pisarze postępują nieprofesjonalnie wydając swoje książki, ponieważ ogromna część spośród nich to literackie szmiry...

Generalnie można zauważyć, iż dużo jest w poradniku Pani Lendzion mowy o profesjonalizmie. Wydaje mi się, że jest w tym nieco hipokryzji, ponieważ to co najbardziej uderza w czytelnika w czasie lektury, to właśnie brak profesjonalizmu w tekście. Mnóstwo jest tam powtórzeń, błędów gramatycznych i interpunkcyjnych, przeszkadzają też akapity po prawie każdym zdaniu oraz wielość niepotrzebnych pytań retorycznych. Już od pierwszej strony (opisującej postać autorki) razi także ilość równoważników zdania, nie zawsze poprawnych językowo. Książka ta nie była prawdopodobnie przez nikogo redagowana, a szkoda.

Kolejnym minusem jest cena. Fakt - książki są drogie, jednakże 69,90 zł to zdecydowanie zbyt dużo za 98 stron w formacie A5. Jest to właściwie wielkość zeszytu, co dobrze ilustruje poniższe zdjęcie. Przesyłkę mamy wprawdzie zawartą w cenie, ale jej koszt to nie 10 zł (jak często było podkreślane na facebookowym profilu magazynu E-makijaż), a jedynie 5,20 zł. Nikt mi nie wmówi, że opakowanie jest drogie, ponieważ ja dostałam książkę zapakowaną w najzwyklejszą kopertę. Na swoją paczuszkę czekałam także dość długo - około tygodnia.




Ciekawi Was jednak pewnie wartość merytoryczna tego "podręcznika biznesowego". Hmmm... Cóż mogę powiedzieć? Właściwie wszystko to, co ujęła w książce autorka można zawrzeć w kilku lub kilkunastu punktach, ale faktem jest, że nikt tego wcześniej nie zrobił. Czytając myślałam często: "Ojej, jakie to oczywiste - czemu sama na to nie wpadłam?" :) Nie mam jednak zamiaru zdradzać tu tajemnic, dzięki którym można odnieść sukces w zawodzie wizażysty/tki, a zainteresowanych odsyłam do książki (można ją nabyć tutaj). Skoro Natalii Lendzion udało się znaleźć niszę, niech na tym zarabia. Inni mogą sobie tylko pluć w brodę, że nie wyszli z takim pomysłem pierwsi.

Podsumowując, mogę stwierdzić, że mam mieszane uczucia do tego podręcznika, ale nie żałuję, że go kupiłam, ponieważ "otworzył mój umysł" (jak to mądrze brzmi, prawda? :) ) na nowe pomysły i wyzwania. Sądzę jednak, że przepłaciłam i ubolewam nad tym, że żadna ze znanych mi makijażystek nie umieściła tego typu porad na swoim blogu/stronie/fanpage'u - oszczędziłoby mi to (i wielu innym kobietom) pieniędzy i zawodu formą książki. Nie chcę jednak zniechęcać Was do jej kupna, ponieważ rady w niej zawarte są pomocne, a jak już wspominałam trudno w inny sposób do nich dotrzeć.

"Jak zarabiać na makijażu" Natalii Lendzion nie jest jednakże pozycją, którą chciałabym mieć na swojej półce, by do niej wracać, więc, po przeczytaniu, puszczam ją w świat (osoby zainteresowane odkupieniem jej ode mnie proszę o kontakt - swiatami.blog@gmail.com).





CZYTAJ DALEJ...