środa, 4 marca 2015

Pitu pitu




Zajrzałam do kilku poradników dla bloggerów. W większości z nich jest informacja o tym, by pod żadnym pozorem nie wrzucać na swojego bloga prywaty, ponieważ czasy internetowych pamiętników już dawno i bezpowrotnie minęły, a nikogo nie obchodzi co właśnie jadłam, robiłam i, generalnie, co u mnie słychać. Przeczytałam też, że jeśli prowadzę bloga urodowego, nie powinnam pisać o modzie lub np. gotowaniu, ponieważ stracę czytelników. Cóż, przemyślałam wszystko i stwierdziłam, że jeśli wrzucę ten blog do kategorii blogów lifestylowych, to uda mi się ominąć kilka zasad :) A ponieważ nie zdobyłam jeszcze zbyt wielu stałych czytelników, niewielu też ich stracę pozostając sobą, a może jednak ktoś zechce tu od czasu do czasu zajrzeć, mimo łamania przez mnie "podstawowych zasad blogowania".

Zaczęłam od tego wstępu, ponieważ dziś chciałabym właśnie napisać co nieco "nie na temat". Przede wszystkim przepraszam za mają dość długą nieobecność. Powiedzcie mi - czy tylko ja jestem tak niesamowicie niezorganizowaną mamą (mam dwie córeczki, cztero- i siedmioletnią)? Odkąd wróciłam do pracy (czyli od paru miesięcy), nie mam kompletnie na nic czasu. Za to zainteresowań mam mnóstwo: oprócz wizażu, lubię wszelkie zajęcia kreatywne (te z dzieciakami zwłaszcza): haft koralikowy, szydełkowanie, soutache, quilling, scrapbooking, origami i inne "wycinanki", "wyklejanki", "ozdabianki" czy "zaginanki". Poza tym uwielbiam gotować i piec (zwłaszcza torty). Chciałabym móc robić to wszystko kiedy tylko najdzie mnie na to ochota. I jeszcze mieć czas na blogowanie. A zamiast tego, po przyjściu z pracy zazwyczaj ledwie zdążam odrobić lekcje ze straszą córką, przygotować "na szybko" coś do jedzenia i czasem sprzątnąć z grubsza mieszkanie. Po pominieciu - np. z powodu wyjazdu - sobotnich porządków, rzadko udaje mi się doprowadzić mieszkanie do użytecznośći w ciągu tygodnia pracy... niestety. Powoduje to ciągłe wyrzuty sumienia (no bo jakim prawem zabieram się z dziećmi za pieczenie babeczek, skoro trzeba odkurzyć, zetrzeć podłogę i zrobić pranie? :/). A gdy do tego któreś z dzieci choruje, wtedy następuje całkowity chaos.

No i ostatnio, w moim domu panuje niestety właśnie chaos, spowodowany po części jakimś bliżej niezidentyfikowanym wirusem kładącym do łóżka po kolei wszystkim członków rodziny (na zdjęciu widać chorego Szkrabika), a po części moim brakiem zorganizowania.

Ale wracając do bałaganu, zauważyłam niedawno, że jego część stale generowana jest rosnącą odwrotnie proporcjonalnie do wielkości szafy, ilością ubrań. Postanowiłam więc zrobić sobie mój prywatny plan gospodarowania czasem i, przy okazji, szerzej zainteresować się tematem organizacji garderoby i slow fashion.


źródło: www.pinterest.com

W dużym uproszczeniu polega to na stworzeniu bazy z ubrań pasujących do wszystkiego oraz kupowaniu zaledwie kilku, kilkunastu sezonowo modnych elementów, które je uzupełnią. Po paru ciekawych lekturach doszłam do wniosku, ze muszę zacząć powoli wprowadzać te zasady w życie. Wyrzucę sporą część szmatek, których nie noszę, zostawiając tylko te, które lubię, są dobre jakościowo i można je nosić w różnych zestawieniach. Myślę, że jeśli będę miała mniej ubrań, wszystkie bez problemu zmieszczą się w szafie, uwolnię więc oparcie fotela od spodni i wieszak w przedpokoju od żakietów, będę miała mniej prania i mniej prasowania, co również mi się uśmiecha. Jak już wypracuję system, postaram się o tym dokładniej tu napisać.

A tymczasem przepraszam za odbieganie od tematyki i za brak mojej obecności w blogosferze oraz obiecuję poprawę. Raz w tygodniu notka powinna być - dopisuję ją do mojego nowego pgc, którego zamierzam się trzymać.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz