niedziela, 1 lutego 2015

O zamianie pasji na pieniadze...




Drodzy Czytelnicy,
bardzo mi miło, że odwiedziliście mojego bloga (lub mój blog - czy ktoś z Was wie jaka jest poprawna forma?). Postanowiłam go założyć, ponieważ sama facebook'owa strona przestała mi wystarczać.
Mam nadzieję, że nikogo nie zawiodę.

Zacznę od recenzji książki dla wizażystek "Jak zarabiać na makijażu". Jest to nieco przekorne, ponieważ jej autorka, Natalia Lendzion, próbuje przekonać nas, że prowadzenie bloga jest niezwykle nieprofesjonalne w tym fachu, a blogerki kojarzą się potencjalnym klientkom z niedouczoną i nierzetelną grupą, pragnącą jedynie wyłudzić darmowe produkty od firm.
Cóż, śmiem się z tą opinią nie zgodzić. Jest mnóstwo świetnie prowadzonych blogów (wiele z nich sama nałogowo czytam lub przeglądam) i właśnie dzięki blogowaniu, niezwykle utalentowane osoby mogły zostać dostrzeżone, a bylejakość innych o niczym nie przesądza. Idąc takim mylnym tokiem rozumowania można by stwierdzić, że pisarze postępują nieprofesjonalnie wydając swoje książki, ponieważ ogromna część spośród nich to literackie szmiry...

Generalnie można zauważyć, iż dużo jest w poradniku Pani Lendzion mowy o profesjonalizmie. Wydaje mi się, że jest w tym nieco hipokryzji, ponieważ to co najbardziej uderza w czytelnika w czasie lektury, to właśnie brak profesjonalizmu w tekście. Mnóstwo jest tam powtórzeń, błędów gramatycznych i interpunkcyjnych, przeszkadzają też akapity po prawie każdym zdaniu oraz wielość niepotrzebnych pytań retorycznych. Już od pierwszej strony (opisującej postać autorki) razi także ilość równoważników zdania, nie zawsze poprawnych językowo. Książka ta nie była prawdopodobnie przez nikogo redagowana, a szkoda.

Kolejnym minusem jest cena. Fakt - książki są drogie, jednakże 69,90 zł to zdecydowanie zbyt dużo za 98 stron w formacie A5. Jest to właściwie wielkość zeszytu, co dobrze ilustruje poniższe zdjęcie. Przesyłkę mamy wprawdzie zawartą w cenie, ale jej koszt to nie 10 zł (jak często było podkreślane na facebookowym profilu magazynu E-makijaż), a jedynie 5,20 zł. Nikt mi nie wmówi, że opakowanie jest drogie, ponieważ ja dostałam książkę zapakowaną w najzwyklejszą kopertę. Na swoją paczuszkę czekałam także dość długo - około tygodnia.




Ciekawi Was jednak pewnie wartość merytoryczna tego "podręcznika biznesowego". Hmmm... Cóż mogę powiedzieć? Właściwie wszystko to, co ujęła w książce autorka można zawrzeć w kilku lub kilkunastu punktach, ale faktem jest, że nikt tego wcześniej nie zrobił. Czytając myślałam często: "Ojej, jakie to oczywiste - czemu sama na to nie wpadłam?" :) Nie mam jednak zamiaru zdradzać tu tajemnic, dzięki którym można odnieść sukces w zawodzie wizażysty/tki, a zainteresowanych odsyłam do książki (można ją nabyć tutaj). Skoro Natalii Lendzion udało się znaleźć niszę, niech na tym zarabia. Inni mogą sobie tylko pluć w brodę, że nie wyszli z takim pomysłem pierwsi.

Podsumowując, mogę stwierdzić, że mam mieszane uczucia do tego podręcznika, ale nie żałuję, że go kupiłam, ponieważ "otworzył mój umysł" (jak to mądrze brzmi, prawda? :) ) na nowe pomysły i wyzwania. Sądzę jednak, że przepłaciłam i ubolewam nad tym, że żadna ze znanych mi makijażystek nie umieściła tego typu porad na swoim blogu/stronie/fanpage'u - oszczędziłoby mi to (i wielu innym kobietom) pieniędzy i zawodu formą książki. Nie chcę jednak zniechęcać Was do jej kupna, ponieważ rady w niej zawarte są pomocne, a jak już wspominałam trudno w inny sposób do nich dotrzeć.

"Jak zarabiać na makijażu" Natalii Lendzion nie jest jednakże pozycją, którą chciałabym mieć na swojej półce, by do niej wracać, więc, po przeczytaniu, puszczam ją w świat (osoby zainteresowane odkupieniem jej ode mnie proszę o kontakt - swiatami.blog@gmail.com).




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz